Gdzie byliśmy,  Nie dzienniki z Ameryki,  OGÓRKIEM NA DRUGĄ PÓŁKULĘ

Stare lodowce i wielkie góry czyli kanadyjskie Rockies

Czasem nam się zdaje, że te 9 000 km pokonaliśmy właśnie dla tej chwili. Nie umniejszamy tym samym tych wszystkich poprzednich przeżyć, wrażeń i widoków.  Ale… poczujcie to sami…

Stoimy właśnie na Parker Rigde po lewej góra Athabaska, na wprost wielki biały jęzor lodowca Saskatchewan. Nasze nogi depczą po gołej skale, która tkwi tu tak sobie spokojnie na wysokości ponad 2300 m npm. Jesteśmy w krótkich rękawkach, bo pogoda dziś jest cudna, niebo błękitne, a wiatr prawie nam nie dokucza. Jesteśmy prawie sami, bo po pierwsze jest jeszcze wczesnie, po drugie: niewielu ludzi chce się wybrać dalej niż 100 metrów od parkingu. 

Nie płaczę ze wzruszenia, jak wtedy, kiedy na Islandii po raz pierwszy w życiu zobaczyłam lodowiec, ale jest mi dobrze, cholernie dobrze. W sumie, to nie czuję nic oprócz spokoju.

Jest mi naprawdę bardzo dobrze teraz. 

To niesamowite uczucie!

Jesteśmy w górach Skalistych…

Nie takie Rockies straszne jak je piszą

Od samego początku Rockies nas przerażały. Baliśmy się drogi, odległości i wysokości, a przede wszystkim pagórków i tego, czy Venera nasz bus je pokona. Dziś juz wiem, ze Rockies to mały pikuś. Przynajmniej te kanadyjskie 🙂 jak narazie. Droga do nich jest chyba bardziej wymagająca niż ta przez nie. Będąc w Rockies jedzesz cały czas doliną. Zakres wysokości drogi to od 1000 do 2000 m npm, ale rozkłada się na przestrzeni ponad 300 km. Co prawda zdarzyło się nam kilka wymagających podjazdów i parę odbierających mowę zjazdów. 

Zaczynamy od miasta Banff, które jest bramą do kanadyjskich gór Skalistych, a także początkiem Parku Narodowego Banff. Miasto przypomina Szklarską porebę: urocze budynki i klimat małego miasta, a do tego cudny widok na ogromne góry. Niestety miejscowość jest zapaskudzone takimi jak my, turystami, którzy chcą zjeść pizzę i kupić magnes z niedźwiedziem lub bobrem. W miasteczku zostajemy chwilę, by wysłać kartki i zrobic krótki spacer. Ciagną nas te góry i chcemy jak najszybciej być jak najbliżej.

Nie ma gór bez jezior

Lake Louise – cud natury zepsuty wielkim betonem

Pamietam, jak kilka lat temu oburzył mnie plan budowy jednego takiego hotelu w polskich Karkonoszach. Idziesz fajnym szlakiem, oglądasz góry i nagle wyrasta betonowy kolos z basenami i placami zabaw dla dzieci. Tu jest podobnie. I wiem, że to wszystko dla nas. Dla naszej wygody, bo któż nie chciał by obudzić się rano w górach, w wygodnym łóżku, w pokoju z klimatyzacją, wanną i internetem i otwierając okno widzieć lazurowe wody polodowcowego jeziora. Ja nie! Nie w taki sposób.

No … i taki giga hotel, „chateau” nawet, został wybudowany obok Jeziora Louise. A przed wjazdem stoi pan w XVIII wiecznym pewnie stroju i gotuje się na słońcu by przywitać bogatych gości.

Samo jezioro, mimo, że zatłoczone, jest piękne. Czysta woda,  tak, że na dnie można spokojnie policzyć każdy drobny kamień. Wokół jeziora Park przygotował kilka szlaków. Jeden z nich prowadzi dużą pętlą do Plain of six glaciers. To szlak całodniowy i do dziś pluje sobie w brodę, że nie zostaliśmy dzień dłużej by go przejść. Nad jezioro trafiliśmy po południu, postanowiliśmy przejść się krótkim szlakiem do miejsca widokowego. I było warto! Z każdym kilometrem w górę kolor jeziora robił się coraz bardziej zielone i magiczne.

Peyto Lake – najpiękniejsze i najbardziej popularne w Parku Narodowym Banff

Kolejne jezioro o cudnym kolorze, i kolejne tak zatłoczone przez nas turystów. Ma 3 km długości i 1 km szerokości i zasilane jest wodami z lodowca Peyto. 

Emerald Lake – które rzeczywiście jest szmaragdowe

Postanowiliśmy zrobić sobie spacer i przejść się wokół obleganego jeziora Emerald Lake. Wzięliśmy wodę, bear spray i batony energetyczne. Nic z tego nam się nie przydało… no może poza butelką wody. Szlak ma z pięć kilometrów i wiedzie wokół jeziora. Nie wiem czemu myślałam, że będzie to dość wyczerpująca trasa, stąd te przygotowania. Okazała się jednak całkiem przyjemną spacerówką. Jedna część jeziora wiodła bardzo blisko brzegu w towarzystwie sosen i świerków, szło się w palącym słońcu. Druga strona jeziora to ścieżka w cienistym i lekko bagnistym lesie – jakby dwa różne światy nagle spotykały się w połowie jeziora. I mimo tego, że szlak w żaden sposób nie był wymagąjcy i  nie dawał mi satysfakcji z wspinania się na szczyt, to sprawił nam wiele przyjemności wizualnych i zachwytów kolorem wody.

Kraina lodowców – czyli Colombia Icefield

Parker Rigde i widok na Saskatchewan Glacier

Parker Ridge to jedne z obowiązkowych przystanków na tak zwanej Icefileds parkway, czyli drodze o długości 232 km, która wiedzie przez parki narodowe Banff i Jasper. Droga jest uznawana za jedną z piękniejszych tras widokowych na świecie – i chyba tak jest. Przynajmniej nas zachwycała na każdym kroku. 

Parkujemy nasze auto na parkingu wzdłuż drogi i ruszamy w trasę. Wiedzie ona najpierw pośród starych drzew. Poźniej zaczynamy dostrzega alpejską roślinność. Mchy, małe krzaki porosty, na końcu czeka nas goła skała, kilka kruków i cisza przeplatana czasem krzykiem małego stworka który zwie się Pika. Ponoć często go tutaj słychać, ale bardzo trudno go tu zobaczyć. 

Docieramy na koniec szlaku i widok zapiera dech w piersiach. Ta przestrzeń. Te wysokości. Ten niekończący się lodowiec i olbrzymie góry. 

Athabasca glacier – szary jęzor , kótry wylewa się prawie na jezdnię

Widać go już z daleka. Jest ogromny. Jeśli myślimy lodowiec, to widzimy niebiesko-biały ogrom zimnego lodu. Nie tutaj… Athabasca jest ogromny, ale i brudny, jakby zadeptany milionem stóp. Szkoda. 

Zatrzymujemy się, wysiadamy, ale nie podchodzimy blisko. Kilka chwil wcześniej staliśmy na górce patrząc na lodowiec Saskatchewan, taki pierwotny czysty i dziewiczy prawie. Nie chciałam zmywać tego wrażenia smutną Athabascą.

Majestatyczne wodospady Gór Skalistych

Natural Bridge

Jest ciepły poranek, słońce rozgrzewa nas po chłodnej nocy. Wychodzimy z auta, by zobaczyć ten Natural Bridge, o którym wszyscy mówią. Stawiamy pierwsze kroki małą leśną ścieżką, nabieram mocno powietrza w płuca i czuję się jak na pierwszym obozie harcerskim. Skądś znam ten zapach…. To żywica. I po raz pierwszy mamy okazję poczuć Kanadę pachnącą żywicą. Jest dobrze.

Szum prowadzi nas do wielkiej rzeki – Kicking Horse River i to ona swą siła wydrążyła w skale korytarz, który z dawnego wodospadu stworzył naturalny skalny most.

Takakkaw Falls

Pierwszy wodospad, który zobaczyłam. I był wielki. Naprawdę WIELKI. Prowadzi do niego kręta, bardzo kreta droga pod górę. Bałam się bardzo o to, czy bus nasz poradzi sobie z nachyleniem, ale nasza Venera nas nie zawiodła. 

Sunwapta i Athabasca Falls

Piękne, gigantyczne i zapierające dech w piersiach. Must seee z wszystkich wodospadów

Żegnamy Rockies – na chwilę… bo jeszcze czekają nas te amerykańskie.

Śpimy dziś w parku. To druga nasza noc na kempingu zarządzanym przez park. Nie ma tu nic… Wiecie o c mi chodzi.. nie ma prysznica,  basenu, wi-fi, telewizji i mini golfa. Ale poza tym jest wszystko…

  • zapach świerku
  • szum potoku w oddali
  • szczęśliwi ludzie
  • jagody prosto z krzaka
  • hałaśliwe wiewiórki i mroczne kruki
  • zapach ogniska
  • zachodzące słońce i jego kolory na stokach gór

I góry…. takie wielkie, tak blisko, prawie na wyciągnięcie ręki.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *