Nie dzienniki z Ameryki

Dzień przed…

Jest wtorek. Do wyjazdu pozostał jeden dzień. Siedzę na wygodnej kanapie w moim domu i w myślach żegnam znajome mi kąty. Zostawiam je przecież na rok. I mimo, iż wiem, że przedmioty nie są ważne, to każdy z tych zgromadzonych w moim domu niesie ze sobą inną historię i przypomina miłe chwile. I dziwnie jest to uczucie. To tak jak odchodzisz z pracy i ten ostatni tydzień w firmie jest najwspanialszym tygodniem w karierze. Wszystko się udaje, ludzie są mili, nagle znajdujesz satysfakcję w rzeczach, które wcześniej cię bardziej nudziły. 

Moje mieszkanie, jako przestrzeń, jakoś zawsze mnie irytowało, dlatego tak często chciałam z niego uciekać. A teraz stało się najprzyjemniejszym miejscem na ziemi. 🙂

Myślałam, że będzie łatwiej. Że bez problemu spakuję rzeczy i po prostu wyjedziemy. 

Co tak na prawdę czuję?

STRACH. W sumie czułam go zawsze, dlatego też tak długo nie mogliśmy zdecydować się na tę podróż.

Strach przed nowym.

Przed zmianą

Przed niepowodzeniem

I trudnościami.

Kurde przed wszystkim w sumie.

Nigdy tylko nie potrafiłam tego zdefiniować! Zawsze w głowie kłębiły się inne wymówki, a odpowiedź zawsze była jedna. Bo co nas ogranicza przed podejmowaniem decyzji? Głównie strach, który gdzieś głęboko w nas siedzi i nie chce nas opuścić. Bez sensu.

Przez ostatnie lata żyłam na wysokich obrotach. Tak, że czułam, że intensywniej się nie da. Pracowałam w zajebistym dziale marketingu w dużej firmie, potem własna działalność i 12 godzinny dzień pracy.  Po co? Po to by usiąść wieczorem na kanapie i obejrzeć Klan? To nie dla mnie…

Przez ponad 10 lat dojrzewałam do tej decyzji, a raczej wyganiałam strach przed wszystkim.

A teraz się to dzieje. I mimo, że ten strach siedzi nadal we mnie, to staram się zagłuszyć go tym, czego naprawdę pragnę. 

A czego chcę?

Jak wszystkim pewnie chodzi o marzenia i szczęście. Mi dają je wielkie przestrzenie, piasek pustyni, zapach rumianku i rdzy. I chmury soczewkowe nad szczytami gór. I życie w drodze z najlepszym kompanem u mego boku. 

I zawsze ten cholerny strach mówił mi: to się nie uda, nie dasz rady, będzie źle.

Możecie sobie pomyśleć, o co jej chodzi, przecież jedzie sobie na rok i tyle. Taka większa wycieczka.

Jasne. Ale dla mnie to też jest zmiana życia i droga w poszukiwaniu siebie.  I jest to dla mnie bardzo ważna decyzja, chyba jedna z ważniejszych w życiu. Zostawiam tu wszystko: rodzinę, przyjaciół, znajomych, nasze dotychczasowe pasje i pracę. I zaczynam od nowa.

A co najpiękniejsze nie jestem w tym marzeniu sama. Cudowne jest to ile osób nas wspiera i nam kibicuje. To niesamowite uczucie. 

I nasze mamy. Które boją się o nas każdego dnia, a teraz przed wyjazdem boją się jeszcze bardziej. Wspierają nas w tym działaniu jednak niesamowicie mocno. Czuję to każdego dnia, w każdej rozmowie i poradzie. 

Co będzie jak wrócimy?

Nie wiem… nie mam żadnych oczekiwań. Zobaczymy i to jest chyba najlepsze podejście.

Peace&Love

Jess

2 komentarze

  • Ania

    Ten zajebisty dział marketingu bardzo mnie wzruszył … 🙂 A tak poważnie, to niezależnie, gdzie uda Ci się dotrzeć, to wracaj do nas bezpiecznie ! Przeżyj ile się da, doświadczają i odkrywaj siebie – ale wracaj!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *