Nie dzienniki z Ameryki,  OGÓRKIEM NA DRUGĄ PÓŁKULĘ

Co nas nie zabije to nas wzmocni

Campbellton, 20.06.2019

O dach naszego Ogórka miarowo uderzają tłuste krople deszczu. Z zaparowanego okna widzę most, który niemalże wisi nad rzeką Św. Wawrzyńca. Zaraz się ściemni i po raz pierwszy tutaj mam chwilkę czasu, nie spieszę się, niczym się nie zajmuję, niczym nie martwię. 

Echhh..To był tydzień pełen wielu emocji. Kurde.. dawno tyle razy nie płakałam ze złości, smutku, rozpaczy, wzruszenia i szczęścia.

Nasz wyjazd nie zaczął się super szczęśliwie. 

Najpierw transport ogórka miał opóźnienie. Potem okazało się się podczas transportu zaginęło nam kilka rzeczy, które wiadomo, są tylko rzeczami, ale w naszej podróży były dla nas bardzo ważne. I nie chodzi tu o koszty, ale o czas, który musieliśmy poświęcić na ich poszukiwania.

Nie ma co się za długo nad tym rozwodzić….

Jeszcze wcześniej okazało się, że nie wzięliśmy z domu bardzo ważnych dokumentów. Ale nasze mamy dały radę i po kilku dniach mieliśmy je w DHLu.

Potem lekkie problemy z Ogórkiem, jak zwykle drobiazg, którego znalezienie zajęło nam trochę czasu i nerwów. 

Do tego wszystkiego droga, która przez ostatnie dni dostarczała nam codziennie takich samych widoków. Szary pasek asfaltu przecięty żółtym pasem, który czasem urywał się na chwilę lub zamieniał w dwie równoległe linie. Czasem stacja benzynowa i mokradła. I drzewa. Mnóstwo drzew. Przez pierwsze 100 km takie widoki zachwycają, potem stają się bardzo nużące. 

Prawdę mówiąc, miałam niezłą „załamkę”, Wrzosu chyba też.  Wiecie, to tak jak mnóstwo niefajnych rzeczy kumuluje się nagle w jednej minucie i dostajecie nimi w twarz. Wtedy uśmiech od razu znika.


ALE….

Jest coś, co pozwala nam uśmiechać się dalej. To ludzie. Na prawdę..

W ciągu tego tygodnia poznaliśmy mnóstwo życzliwych i pomocnych ludzi. Ludzi, którzy są tak bezinteresowni, że nam jest aż czasem głupio. Ludzi, którzy są w stanie poświęcić swój czas , by nam pomóc. Kurde, a to dopiero początek naszej podróży. 

Sandy – nasz kanadyjski zbawca, właściciel firmy zajmującej się energią solarną, który po pracy przeszukiwał dla nas magazyn w poszukiwaniu kontrolera do baterii słonecznej. Sandy, który m psa o imieniu Blue i w wolnych chwilach gra na gitarze elektrycznej. 

Ed, żeglarz amator, z którym spędziliśmy miły wieczór pod Wallmartem, rozmawiając o volkswagenach i Szkocji.

Andre, kierowca marzyciel. Miłośnik klasycznej motoryzacji, który da nam krótka lekcję o tym co można a czego nie można w Kanadzie. 

No i Larry, właściciel jedynego w Nowym Brunszwiku warsztatu dla klasycznych VW. Poświęcił dla nas swój czas, by pomóc przy samochodzie i udostępnił warsztat. 

No i Wy!!! Przede wszystkim. Kiedy czytaliśmy na Facebooku Wasze słowa wsparcia. Jesteście cudowni i dajecie nam mnóstwo siły!!! Dzięki.

I wiecie co…

I to był na prawdę udany dzień. Kończymy go w Campbellton, w którym za cztery dni odbędzie się festiwal łososia. Jutro idziemy pstryknąć sobie selfie pod pomnikiem największego łososia oczywiście!

Wczoraj widzieliśmy pomnik największego Homara. Dziś Larry polecił nam fajną drogę, która też wiła się pośród drzew. Ale jakoś te drzewa nie były już takie nudne. Mijaliśmy mroczne bagniska i małe uśpione miasteczka. Jeziora i rzeki, które znów zamieniały się w jeziora lub mokradła. Drogę przecinały nam czarne jak węgiel kruki i nawet jeden łoś wyjrzał z lasu słysząc motor naszego auta. Wypiłam największą chyba na świecie lurowatą kawę na przydrożnej stacji, która i tak, w tamtej chwili, smakowała jak z najlepszej palarni 🙂  

I ruszamy dalej, pełni dobrych emocji.

Ja już nie mogę doczekać się Saskatchewan – bezkresnej prerii. Sandy opowiadał o niej, że jest tak płaska, że momentami widać, jak ziemia się zakrzywia. Oh, jak bardzo chcę to zobaczyć, a jak zobaczę to na pewno wam pokażę.

Miłego dnia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *