Nie dzienniki z Ameryki

PRZEstrzeń a przestrzeń

Dziś leniuchujemy, na pustyni, w pełnym słońcu i wietrze. To jeden z niewielu dni w którym nie ruszamy się z miejsca. I jest dobrze. Spokojnie i cicho, czasem tylko jakiś kruk załopocze skrzydłami nad naszą głową. Wiecie jaki to niesamowity dźwięk. Łopot skrzydeł kruka, jego ogromnych skrzydeł. Czasem brzmi jak pocisk lecący w zwolnionym tempie, czasem jak ogromy wachlarz działający ci trochę wiatru w bardzo upalny dzień.

Oprócz kruków jesteśmy my i trochę drzew Jozuego. I mamy czas na kilka rzeczy. Na napisanie bloga, na zmontowanie filmów, na poleniuchowanie w łóżku i ciepły prysznic z butli na dachu. Ale jak wspomniałam nie zawsze jest tak pięknie.

Życie w aucie to nie vanlife z Instagrama

Aghhhhh… jak oglądam te zdjęcia czystych busów, z perskimi dywanami, lampkami, kwiatami doniczkowymi i kinem plenerowym, to czasem zastanawiam się czy z nami jest coś nie tak. 🙂

Dlaczego nie mam kwiatów doniczkowych?

Bo po pierwsze, gdzie bym je wsadziła. Po drugie, myszy, które czasem odwiedzają naszego busa pewnie by je już dawno obgryzły. Poza tym mam pełno roślin i kwiatów za oknem, prawie na każdym postoju. Nie muszę ich zawłaszczać do naszej i tak małej przestrzeni…

PRZEstrzeń przed nami i w nas

No właśnie przestrzeń… gonimy za nią codziennie i prawie codziennie jej doświadczamy. Niekończące się nieba z tańczącymi chmurami. Pomarańczowe wschody i różowe zachody słońca. Droga mleczna na wyciągnięcie ręki i soczewkowe chmury nad szczytami gór.

Jedziemy przez pustkowia, które kończą się górami setki kilometrów przed nami. Śpimy przy wielkich skałach, na pustyniach, pośród wielkich, porośniętych mchem drzew.

Odwiedzają nas w nocy kjoty, niedźwiedzie i myszy. Rankiem przebiegają przed autem dzikie ptaki: przepiórki kalifornijskie, mordosójki czarnogłowe (Setllers Jay), ptaki Loxia (rossbill),bluebirds, sikorki (chickadee) , a kruki towarzyszą nam na każdym kroku.

Spotykamy też cudnych ludzi, którzy są tym cenniejsi im więcej czasu spędzamy sami z przyrodą.

I wszystko co nas otacza, ta przestrzeń jest gigantyczna, czasem dziewicza i czysta, tak bardzo, ze źle nam wkraczać w nią i ją zaburzać.


Jest też druga przestrzeń – Venera nasz bus.

Venera to volkswagen „ogórek” z 1972 roku. Wersja bez podnoszonego dachu. I uwielbiamy to auto. Mamy je ponad 10 lat i jeździ z nami często na nasze wyprawy. Dlatego też nie wyobrażaliśmy sobie tej wyprawy bez Venery. Jednak… czasem, na prawdę tylko czasem mamy jej dość.

Na przykład kiedy pada i szyby parują w takim tempie, że nie jesteśmy w stanie ich wycierać na bieżąco. I nie możemy wyjść na zewnątrz, bo jest zimno i wilgotno. I wtedy wszystko wydaje się kurczyć. Lodówka przybliża się do kanapy, kanapa zwęża i daje miejsce tylko jednej osobie. Szafki puchną tak, że trudno jest otworzyć drzwi. No i do tego dwie osoby w środku auta. Przykurczone ( bo nie ma wysokiego dachu) wpadające na siebie i przewracające wszystkie rzeczy w pobliżu. Jakże to jest irytujące… i trudne.

A kiedy jest upał nie do zniesienia. I jedyna klimatyzacja to otwarte okna podczas jazdy. A w nocy pot spływa potwarzy i nad ranem słońce ogrzewa nas łaskawie swym ciepłem już o piątej. I Venera staje się wielką, nagrzaną puszką. A my właśnie śpimy pod Walmartem lub na stacji i nie możemy swobodnie wyjść w gaciach na zewnątrz.

No właśnie. Bo vanlife to nie tylko spanie w pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnej. To walka o płaskie miejsce na darmowym campingu, to stacje benzynowe, truck stopy, czasem małe uliczki w dziwnych dzielnicach dużych miast.

To też nie zawsze cudne chwile… bo często tęsknię za domem, za kotem, za znajomymi i przyjaciółmi. I tęsknię czasem za moją kanapą i bałaganem w kuchni.

I mam czasem doła. I chcę czasem wracać i kończyć tę podróż.

Dwa dni temu spaliśmy na ohydnej stacji, przy chyba najbardziej ruchliwej autostradzie w USA. Do tego pociąg przejeżdżał co pół godziny oznajmiając wszystkim swoją obecność, wielkim długim i głośnym trąbieniem. Kilka metrów dalej stała ciężarówka z chłodnią, która buczała całą noc. Sąsiad w busie przyklejonym niemalże do naszego palił jednego papierosa za drugim przegryzając śmierdzącym hamburgerem.

W jednym, brzydkim miejscu skumulowały się wszystkie najgorsze dźwięki i zapachy. Tej nocy wszystko było ciasne, nieprzyjemne i nerwowe. Tej nocy poryczałam się jak bóbr i chciałam wracać.

Dziś siedzę na pustyni i właśnie czuję jak słońce przyjemnie pali mi łydki. Wiatr rozwiewa włosy i chłodzi pyszną, świeżo zaparzoną kawę. Zaraz zrobię placki owsiane z bananem, do tej kawy.

Potem przejdę się kawałek w poszukiwaniu dziwnych przedmiotów w pustynnym piasku, posłucham co mówią kruki i może sprzątnę trochę auto.

Już nie chcę kończyć tego wyjazdu.

Właśnie wielki czarny żuk zjadł okruszek chleba z naszego śniadania i rusza dalej w swoją podróż.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *