Nie dzienniki z Ameryki,  OGÓRKIEM NA DRUGĄ PÓŁKULĘ

Dolina Monumentów czyli Hòzhò

Indianie zamieszkujący największy rezerwat w USA nazywani są Navajo. Sami mówią na siebie Diné co znaczy „ludzie”. Jest w ich języku wiele pięknych słów. Jest też jedno, którym mogę opisać Monumeny Valley, znajdujące się na ziemiach Diné. To słowo to HÓZHÓ. Jest to zarazem najważniejsze słowo w ich języku.

Co oznacza HÓZHÓ ?

Trudno je przetłumaczyć, ale można nim nazwać uczucie spokoju, równowagi, piękna i harmonii. Czuć Hòzhò to być jednością z otaczającym światem. I tak czuję się właśnie w Dolinie Monumentów.

I czułam się tak sześć lat temu, kiedy pierwszy raz poczułam to miejsce i Hòzhò. Pisałam o tym TU

Nie wiem co takiego jest w tym kawałku czerwonej ziemi ze skalnymi kolosami zwanej Doliną Monumentów…

Przecież podobne kolory znajdziemy w Arches, w Canyonlands odnajdziemy prawie identyczne formacje skalne, a jednak…. Kiedy czułam już zapach pustyni w Utah, a kolory czerwieniały niczym liście klonu na jesień, ja już przebierałam nogami z zniecierpliwienia. Kiedy ją zobaczę, kiedy ją poczuję. Bo może właśnie o to chodzi w Monument Valley, by ją poczuć, a nie tylko zobaczyć, odhaczyć jak kolejny punkt w przewodniku.

Dolina Monumentów jest czymś więcej niż kolejnym ciekawym miejscem. Dlaczego?

Sama nie wiem, ale wiem, że kiedy pierwszy raz ją poczułam myślałam o niej co raz częściej. I wiedziałam, że tu wrócę. Sześć lat temu wydarłam z jej piersi garść czerwonego piachu. Zabrałam ze sobą, by być bliżej niej mimo tych tysięcy dzielących nas kilometrów.


Jest w niej coś, co przyciąga.

Może te kolory w zestawieniu z błękitnym niebem.

O jaaaaa, jakie one są niesamowite. I wiem, ze żadne zdjęcie tego nie odda. Ich intensywność i to jak ze sobą kontrastują tworząc jednocześnie harmonijną całość. Podobno długotrwałe oglądanie koloru czerwonego budzi agresję. Nie tutaj, tu uspokaja i sprawia, że czujesz się błogo.


Może rudy kurz, który wdziera się w nozdrza i nie chce z nich wyjść.

Jechaliśmy dziś Monument Valley Driveway. To piaskowa droga, która stromo schodzi z Visitors Center do doliny, by tam wić się pośród czerwonych kolosów. W większej części zdaje się być szutrowa, pełna dziur i muld, miejscami też czujesz jakbyś jechał po plaży, czerwonej plaży, a twoje auto rzucane jest po grząskim piasku to w prawo, to w lewo. Kurz który produkują samochody zostaje wszędzie, na aucie, we włosach, w nosie. Jest go tak wiele, że wdziera się głębiej, do twojej duszy i zostaje z tobą na dłużej.


Może piski nietoperzy nad nocnym niebem.

Nocujemy w Dolinie Monumentów ( bo tu trzeba spędzić noc) i wybieramy ten sam camping co sześć lat temu. Prawie nic się tu nie zmieniło, co sprawia, że czujemy się jak w domu. Jest tylko więcej dzikich koni i kilka przyjaznych psów i nikogo oprócz nas. I nawet czarne ptaki siedzą tak samo na metalowej bramie jak te sześc lat temu. A kiedy niebo traci swe pomarańczowe kolory i zasłania się kołdrą nocy, ptaki odlatują ,a w ich miejsce znów przylatują nietoperze, których piski słyszymy pośród nieba obsypanego milionami gwiazd. To takie uspokajające, dające wytchnienie i radość.


A może po prostu jest coś niewytłumaczalnego w tym miejscu. I jest ono magiczne tylko dla mnie i może kilku innych ludzi. I tylko dla mnie zawsze wszystko tu składa się w jedną, dobrą całość.

A może to, jak ja czuję to miejsce powoduje, ze miejsce czuje mnie też. I psy nie warczą złowrogo broniąc swojej ziemi. Pogoda sprzyja i zachęca, by zostać na dłużej. Nocne niebo jest cudnie upstrzone gwiazdami, a żadna chmura nie psuje widoku. I właściciele terenu – Dorothy i John z Diné też są mili. I gadamy z nimi przez dłuższą chwilę o nas, o naszym aucie – naszym domu przez rok, o tej ziemi, kuchni Navajów i ich tradycjach i o zachodzie słońca i o brodzie Wrzosa.

A potem John wraca, by dać Wrzosowi prezent, by bardziej zapamiętał dobro tego miejsca.

  • znów wieczór jest ciepły, jak te sześć lat temu
  • znów spędzamy tu noc, tym razem w naszym busie i bardzo się z tego cieszę
  • znów pewnie jutro zaśpimy na wschód słońca
  • znów czuję się tu dobrze. Bardzo dobrze!

P.S

Jest ranek. Słońce wstało dziś o 6:23. Wyjątkowo nie zaspaliśmy na wschód słońca. Był przepiękny. Kładziemy się jeszcze na chwilę, by rozgrzać ciało po chłodnym poranku. Z krótkiej drzemki wyrywa nas pukanie w drzwi busa. To Dorothy z jeszcze ciepłym chlebem Navajo. Do chleba dostajemy trochę miodu, cynamon i cukier. Kto by pomyślał, śniadanie do łóżka w Dolinie Monumentów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *