Nie dzienniki z Ameryki

Home is where you park it!

Home is where you park it (dom jest tam, gdzie zaparkujesz) to przewodnie hasło ludzi w drodze. 

Czy jest tak na prawdę?

Od ponad 6 miesięcy nasz „dom” jest wszędzie. Czasem jest przez chwilę, czasem przez kilka dni.

Parkowaliśmy w przeróżnych miejscach: na amerykańskich pustyniach, w kanadyjskich lasach, pod Walmartem, na stacjach benzynowych. Wiele razy byliśmy też gośćmi u przeróżnych ludzi. Znajomych, nowych przyjaciół poznanych przez internet, ale też nieznajomych poznanych gdzieś w drodze. 

Czy tęsknimy za domem?

Na rok zostawiliśmy nasz dom. Mówiąc „dom”, myślę o rodzinie, znajomych i przyjaciołach. O chłodniku litewskim i cieście drożdżowym mojej mamy. O naszym kocie, pobliskiej piekarni z chrupiącym chlebem. I naszym ogrodzie z mnóstwem świeżych warzyw i owoców. 

I tego nam tu cholernie brakuje. I za tym bardzo tęsknimy. Za zapachem małosolnych ogórków w kuchni mojej mamy. Za smakiem soku z mirabelek mamy Wrzosa. Za ich ciepłem i dobrym słowem. I za mruczeniem naszego kota. No i za kieliszkiem czegoś mocniejszego w towarzystwie znajomych lub wieczorze z planszówkami u przyjaciół. 

Wiele „domów” na naszej drodze.

W naszej drodze jednak odkrywamy inne „domy”. Bo poznajemy mnóstwo cudownych i gościnnych ludzi. 

Przebywając z nimi żyjemy przez chwilę ich życiem, a oni naszym. Ale najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że ci mniej lub bardziej nieznajomi tworzą nam tymczasowy, niesamowity dom. Stajemy się przez krótką chwilę ich rodziną.

To tak jak w Wawie, podczas naszych największych problemów na trasie, odkryliśmy po raz pierwszy to uczucie. Zżyliśmy się wtedy bardzo z Bożeną i Grześkiem. 

Albo w Manitobie przygarnęła nas para staruszków na noc serwując przy tym niesamowite historie z ich życia i świeżo upieczony chleb na śniadanie.

W Winnipeg spędziliśmy rodzinny weekend z Geri i Haraldem snując się po mieście i poznając historię Kanady, ale też podziwiając pasje naszych gospodarzy.

W Victorii na Vancouver Island doświadczyliśmy niesamowitego ciepła rodzinnego u muzykującej rodziny Kapersów. 

W Calgary staliśmy się domownikami rodziny Angielów. Ach moglibyśmy tam zostać dłużej.

Spędzliśmy klika dni u Erin i Jememy’ego i Wrzos mógł w końcu pograć na basie i napić się dobrego piwa w dobrym towarzystwie. A weekend z nimi na zlocie VW sprawił, że wróciliśmy myślami do naszej polskiej zlotowej ekipy.

W Oregonie odwiedziliśmy Janyel i Jima, którego poznaliśmy 6 lat temu. Rozmawialiśmy wtedy ze sobą może kilkanaście minut, ale przy ponownym spotkaniu, czuliśmy się jakbyśmy się znali wiele lat.

Będąc na Alasce poznaliśmy Suzie i Johna z Kalifornii. Po kilku minutach rozmowy zaprosili nas do siebie, jak tylko do Kalifornii dotrzemy. I przyjechaliśmy do nich na chwilę. I stworzyli nam na tę chwilę niesamowity dom. Pełen ciepła i troski. 

Natalia i Kamil oddali nam swój pokój gościnny na kilka dni i oczarowali historiami z ich podróży.

W Palm Desert spotkaliśmy się z Kyuss family ( fani stoner rocka) na niesamowitym koncercie w kultowej knajpie. I wiecie co? To było niesamowite, bo obcy ludzie od pierwszych sekund rozmowy przestali być obcy. To był przecudny wieczór. 

Kiedy dotarliśmy do Meksyku sądziliśmy, ze nie będzie już tak łatwo nawiązać znajomości. To przez problemy z językiem. Jednak… w San Quintin mieszkaliśmy 5 dni u Romana i jego rodziny. I język nie stanowił problemu, by poczuć się jak w domu. 

To jedynie kilka z wielu „domów”, które mieliśmy podczas naszej wyprawy.

Te wszystkie spotkania to chyba najbardziej niesamowite momenty naszej podróży. Bo czuliśmy się wtedy naprawdę jak w domu. I zadziwiające jest to, jak z pozoru obcy ludzie swoją dobrocią, gościnnością i miłością, są w stanie sprawić, że czujemy się dobrze. To uczucie nie do opisania. Uczucie, którego brakuje, kiedy jest się bardzo daleko od domu.

Wiecie co jest prawdziwą esencją podróżowania?

Wiadomo, że podróżujemy po to by na nowo odkrywać inne światy, oglądać wschody słońca wysoko w górach, zasypiać na plaży, budzić się przy kwileniu dzikich ptaków. Odwiedzamy te wszystkie miejsca, by patrzeć na inne rośliny, dać się zaatakować kaktusom lub płaszczkom, jeść pomarańcze prosto z drzewa, słuchać wyjących kojotów i patrzeć jak niedźwiedzie żerują przy rzece. Ale w tym wszystkim najważniejsi są ludzie. Bo oni niosą ze sobą prawdziwą historię miejsca. I sprawiają, że ten nowy dla nas świat staje się bardziej znany. Staje się bardziej domem.

Jaki z tego wigilijny morał?

Bądźmy dla siebie dobrzy. Dla wszystkich, dla rodziców, rodzeństwa, sąsiadów i przyjaciół. Bądźmy też mili dla obcych. Bo czasem okazuje się , że ten obcy za chwile staje się naszym dobrym przyjacielem. 

Zapomnijmy o urazach i sporach. I nie stwarzajmy niepotrzebnych problemów.

Otwórzmy się na ludzi. Na wszystkich!!!

Pomagajmy. 

Uśmiechajmy się.

Żyje się wtedy lepiej i BARDZIEJ!


Jutro jest wigilia. Spędzamy ją sami, ale nie do końca. Nocujemy w ogrodzie Sabiny i Eddiego, Niemców, którzy od 13 lat mieszkają w Meksyku. Są tu też ludzie z Teksasu, dla których Meksyk jest domem od dłuższgo czasu.

Przez te kilka miesięcy będzie i domem dla nas. Dopóki nie wrócimy na stare śmieci. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *