Gdzie byliśmy,  Nie dzienniki z Ameryki,  OGÓRKIEM NA DRUGĄ PÓŁKULĘ

Meksyk – jechać czy nie jechać?

Nie jedźcie do Meksyku!!!

Jakbyś była moją córką to nigdy nie pozwoliłabym pojechać Tobie do Meksyku!
Uważajcie na siebie, tam wszyscy kradną, a policja jest skorumpowana.
Baja California to jeszcze, ale reszta Meksyku to ogromne ryzyko. 

Ech… słyszeliśmy te słowa setki razy będąc jeszcze w Polsce czy podróżując po Stanach.  W oczach napotkanych ludzi Meksyk jawił się jako siedlisko zła, zbrodni, korupcji i wszelkich chorób.

A jaki jest teraz, po 3 miesiącach pobytu w naszych oczach?

Pierwsze dni były lekko przerażające. Dlaczego?

Bo z tyłu głowy mieliśmy zawsze słowa usłyszane przed przekroczeniem granicy. Za każdym razem kiedy widzieliśmy policję spinaliśmy się i w myślach błagaliśmy aby nas nie zatrzymali.

Poza tym nie znaliśmy dobrze języka. To zawsze utrudnia bliższe poznanie otaczającego świata. Jednak w pierwszym tygodniu trafiliśmy do Romana i jego rodziny. Z łamanym hiszpańskim spędziliśmy tam 5 dni,  3 rodzinne obiady i 4 imprezy. I ci straszni meksykanie okazali się dobrymi i uczynnymi ludźmi. Poznaliśmy też wtedy meksykański czas. Zawsze z kilkugodzinnym spóźnieniem. Zawsze na spokojnie, bez pośpiechu i stresu.

Po kilku tygodniach na turystycznym Baja Califonia ruszyliśmy promem na ląd – do Mazatlan. 

Tego baliśmy się najbardziej. Słuchając ludzi, którzy przestrzegali nas przed Meksykiem, oczekiwaliśmy wojny karteli na każdym rogu. I co? NIc!

Nawet policja, która nie raz nas zatrzymywała, okazała się przyjazna i bezproblemowa.

Czy policja jest groźna?

Przynajmniej tak wygląda. Co jakiś czas zatrzymujemy się na punkcie kontrolnym policji. Zazwyczaj pytają, skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy. Czasem sprawdzają paszporty. Jeszcze żaden z nich nie chciał wymusić łapówki. Wyglądają jednak poważnie. Mają długą broń, kamizelki i czasem groźne miny. Większość z nich odpowiada uśmiechem na nasz uśmiech i macha do nas przyjaźnie. Chętnie też pomagają, wskazują drogę czy kierują, kiedy pytamy o najbliższą pocztę.

Jak wygląda Meksyk?

Różnie. Północna baja California jest szara, śmierdzi palonymi śmieciami, a niektóre drogi usiane są padliną ( krowy, konie, psy), 

Jadąc bardziej na południe jest już bardziej kolorowo, nawet pustynia jest usiana milionem kaktusów, a dzikie konie czasem wyłażą na drogę.

Jeśli pojedziecie na sam dół, do Cabo San Lucas, znajdziecie tam rzesze Amerykanów i Kanadyjczyków, którzy migrują na zimę. Jest bardzo turystycznie i raczej drogo.

Na lądzie jest wszystko. Piękne, wysokie góry, gdzie w najwyżej położonych partiach znajdziemy miliony motyli. Góry Chiapas zamieszkuje rdzenna ludność i zapatyści. Po drodze wyłaniają się małe kolorowe miasteczka – pueblos magicos z kolonialną zabudową. 

Jest też prawdziwa dżungla z wyjcami, ostronosami, pająkami i komarami. Zachwyca pięknem przyrody, dzikością i poranną mgłą miedzy drzewami. Męczy też czasem upałem i gigantyczną wilgotnością. Dopiero po kilku tygodniach mogliśmy przywyczaić się do klimatu.

Quintana Roo i Jukatan urzekają karaibskimi plażami.


Do tego ślady Azteków i Majów na każdym kroku. Czy to ogromny kompleks w Teotihuacan czy schowane w dżungli Palenque. 

Do tego Pubelos Magicos i małe wiejskie osady robią niepowtarzalny klimat.

Lądowa północ przypomina kalifornijskie pustynie. Drzewa jozuego, juki i kaktusy. No i niesamowite góry.

Jak to jest z tymi psami?

Słyszałam, że bezdomność psów to ogromy problem Meksyku. Od napotkanej pary podróżników słyszymy, że to co widzimy teraz to tylko 5% tego, co było 15 lat temu. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić tego ogromu, bo ilość psów na ulicach żebrzących o jedzenie zasmuca i nie pozwala spokojnie przejść. 

Spotykamy przeróżne psy. Te wychudzone i zastraszone, na których pyskach nie widać radości, a raczej strach. Po pewnym czasie kupujemy karmę, którą wozimy ze sobą i staramy się dokarmiać te, które najbardziej jedzenia potrzebują. 

To takie smutne…bo kiedy wyciągasz do nich rękę to kulą się czasem ze strachu i nieufności. 

Są też psy przydomowe, których zadaniem jest pilnowanie dobytku. Niektóre na łańcuchu, inne luzem. Wszystkie raczej mało agresywne. Częściej najedzone niż te bezdomne, ale nadal smutne trochę. 

Spotykamy czasem też psy domowe, jeżdżące z właścieilami w aucie, i widać że te przesiadują czasem na ludzkiej kanapie.

Czy jest bezpiecznie?

Trudno nam określić to tak obiektywnie. Chyba dopiero po miesiącu w Meksyku zgubiliśmy gdzieś to poczucie strachu. Ani razu nie czuliśmy się tu niebezpiecznie. Wiadomo, nie zapuszczamy się w podejrzane rejony, nie jeździmy nocą. Może dlatego omija nas to, co straszne. Czasem droga zawiedzie nas do maleńkiej miejscowości w górach, czasem zapuścimy się w ciemne rejony dużych miast. Jednak ludzie, których spotykamy witają nas z uśmiechem i zaciekawieniem. I są raczej uczynni niż żądni krwi czy naszego dobytku.

Tydzień temu na trasie do Ocosingo został napadnięty bus z polskimi turystami. To ta sama trasa, którą pokonaliśmy miesiąc temu. Nam wydawała się bezpieczna. 

Kilka dni temu planowaliśmy trasę wzdłuż wybrzeża Zatoki Meksykańskiej. Poznany Meksykanin przestrzegł nas, a raczej trochę nas nastraszył. Mówił o dużej przestępczości i porwaniach dla okupu. I znów poczuliśmy się trochę niepewnie. Zrezygnowaliśmy z niej i pojechaliśmy środkiem Meksyku do granicy. 

I wiecie co? Chyba chodzi o to żeby być ostrożnym i mądrym w podróżowaniu. Trzeba słuchać ludzi, ale i siebie, tego co podpowiada nam głowa.

Czy jest sterylnie?

Oczywiście, że nie. Woda jest tutaj ciągle problemem. Staramy się nie pić wody z kranu, ale w każdym mieście możemy napełnić nasze pojemniki wodą zdatną do picia. 

Czasem zdarza się, że pod prysznicem mamy zimną wodę z rzeki lub słoną z morza. Ale wierzcie mi orzeźwiajacy zimny prysznic w środku dnia, to coś niesamowitego. 

Wbrew wszelki radom i zakazom ze strony lekarzy medycyny podróży i znajomych jemy jedzenie z ulicy. Pijemy wyciskane soki i margaritę z lodem. I to meksykański street food to najlepsze co tutaj jedliśmy. Restauracyjne żarełko nie jest w stanie pobić domowej kuchni dwóch babć z Michoacan, fasoli z przydrożnej budy gdzieś pod Guadalajarą lub ulicznych tortas z miasta Meksyk. Oczywiście na początku nasze żołądki musiały zaakceptować lokalną florę bakteryjną i swoje przecierpieliśmy. Dodatkowym problemem, jest to, że nie jemy mięsa ptaków i ssaków. Trudno jest wytłumaczyć, że kurczak, boczek lub smalec to też jest mięso. Jednak dajemy radę!

A jak czujemy Meksyk?

Kurde… nie wiem. Bo mimo tego, że jakoś totalnie nie zachwyca, to czujemy się tu bardzo dobrze. Nie robi na nas takiego wrażenia jak Utah czy samotne drogi Nevady. Jednak lubimy tu przebywać, jeść fasolę i lokalny ser. Lubimy uśmiechy ludzi, dzikość i ogrom dżungli. I przyzwyczailiśmy się do upału i słońca. I wcale nam to nie przeszkadza. I chyba polubiliśmy ten spokój, bo bardzo tu zwolniliśmy. To chyba idelane miejsce, by w końcu przystopować i poczuć się dobrze. I w końcu zgubiliśmy tu naszego turystę. Bo nigdzie się nie spieszymy. Wstajemy wcześnie rano, ale po to by wypić kawę i obserwować ptaki. Potem późne śniadanie – chilaquiles lub owoce. Wyciągamy potem książkę i zanim dosięgną nas gorące promienie słońca czytamy ile się da. Jeśli obok jest morze lub cenota chłodzimy się chwilę, by wysuszyć się podczas spaceru po mieście lub dżungli. Nie zaliczamy wszystkich punktów turystycznych, bo tutaj nie o to chodzi. Chodzi o to by pobyć, pogadać, pouśmiechać się do siebie i trochę pożyć tym Meksykiem. A wieczorem pójść na chłodne piwo lub lodowatą margaritę, zjeść tacos w budzie na mieście i zrobić zakupy na lokalnym targu. Kurde… podobało się tam nam. Bardzo.


Kilka dni temu opuściliśmy Meksyk i już chcemy tam wracać. I mimo, że na każdym kroku nie zachwycał, to jest cudny, malowniczy i różnorodny. I już wiem, że te trzy miesiące to mało, by poznać Meksyk dokładnie. Jednak wystarczająco dużo, by się w nim zakochać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *