Nie dzienniki z Ameryki

PRZEstrzeń

Jedziemy busem przez trawiaste tereny Parku Narodowego Everglades. Droga jest wąska i prosta. Po jednej stronie niskie trawy i kilka wyschniętych drzew. Po drugiej też trawy kołyszą się lekko na wietrze, kilka namorzynowych krzewów i ibisy brodzące w płytkiej wodzie. Słońce piecze dziś niemiłosiernie, a niebo usiane jest setkami cumulusów. Gdzieniegdzie ich puchatą, białą strukturę przerywa jakiś ptak. Nic nie zaburza tego pięknego miejsca. 

No… może trochę warkot naszego auta. Jest pięknie. Otwarta, wielka przestrzeń. 


Chmury

Zawsze lubiłam patrzeć na niebo. Szczególnie na wielkich, otwartych przestrzeniach. Wtedy dokładnie obserwować mogę ich ruch. Zawsze są inne. Czasem leniwie wiszące nad nami. Wyglądają wtedy jak kawałki słodkiej waty cukrowej porozrzucanej na błękitnej tafli wody. Czasem są niespokojne, kiedy zbiera się na burzę. I szybko przemieszczają się z jednego miejsca w drugie zrzucając wielkie krople deszczu na wyschniętą ziemię. No i szalone cirrusy tnące nieboskłon w nieskończoność czym dodają mu jakiegoś dziwnego romantyzmu. Kilka razy udało mi się zobaczyć chmurę soczewkową. Jakie one są piękne, kiedy dumnie unoszą się nad szczytami gór. O zachodzie przybierają jasnopomarańczową barwę. Tak powalającą, że trudno oderwać od nich oczy. 

Ale w tym wszystkim chyba nie tylko o chmury chodzi…

Pamietam dzień, może z miesiąc przed tą podróżą, kiedy leniwie spędzałam czas na tarasie naszego domu. Jak zwykle patrzyłam na mały, wolny fragment tego nieba nade mną. Pomyślałam sobie wtedy: już niedługo bede widzieć inne nieba –  to takie nierealne. A teraz patrzę na ten kawałek Florydy i nadal nie mogę w to uwierzyć. I mimo, że nasza podróż zmierza już ku końcowi, to co dzień nadal zadziwiają mnie inne nieba, inne miejsca, inne przestrzenie. I nadal czuję się jakbym oglądała jakiś film, lub wiecznie śniła.


Inne światy

To co jest tutaj. Co widziały moje oczy podczas tej podróży czasem nie mieści mi się w głowie. Wielkie góry Skaliste Kanady pokryte lodem, ogrom pustyni z drzewami Jozuego, gigantyczne płaszczyzny Saskatchewan i żółte prerie Alberty. Wielkie jeziora w Ontario – większe od morza Bałtyckiego, las kaktusów  na Baja California i piaszczyste plaże Meksyku. Samotność drogi numer 50 w Newadzie. No i Gwatemalska dżungla brzmiąca wyjcami i milionami skrzydeł komarów. 

Każdy dzień przynosił mi inne światy. Każdy różny od wczorajszego. Od wolnego, spokojnego życia małych miasteczek, po zatłoczone ulice miasta Meksyk. Od biednych i brudnych wiosek w meksykańskim Chiapas, po równiutkie, niemalże idealne wielkie domy bogaczy pomiędzy zielonymi polami golfowymi. I czasem przez dłuższą chwilę żyliśmy tymi światami. Żyliśmy z tymi ludźmi w ich świecie. Jedliśmy najsmaczniejsze śniadania w domu meksykańskiego mechanika, spędziliśmy popołudnie z rodziną handlującą awokado przy autostradzie, czasem też pławiliśmy się w luksusach, pływając w basenach i pijąc fikuśne drinki. Byliśmy też częścią życia zwykłych ludzi, takich jak my, pomagaliśmy im w pracach domowych, obserwowaliśmy razem ptaki odwiedzające ich ganek, sprzątaliśmy kurze odchody na farmie pośrodku niczego, robiliśmy z nimi zakupy, gotowaliśmy obiady, słuchaliśmy muzyki i graliśmy w gry. I przede wszystkim widzieliśmy jak żyją. Pełnią życia. Niezależnie czy byli już na emeryturze, czy pracowali od świtu do zmierzchu. I każdy z nich doceniał to co ma i cieszył się każdym dniem. 


Zapachy

Kiedy byłam dzieckiem ciężko zachorowałam i chyba w ostatniej chwili trafiłam do szpitala. Trzyletnie dziecko w izolatce. Pozbawione praktycznie kontaktu z rodziną. Pamiętam to do dziś. Pamiętam pokój ze szklanymi drzwiami i długi taras na który nie pozwolono mi wychodzić. Wielkie, stare szklane drzwi. I ból, który towarzyszył mi podczas pobierania próbek płynu z kręgosłupa. I małą dziewczynkę, moją sąsiadkę, która chorowała na to samo. Każdego wieczora, kiedy próbowałam zasnąć, starałam sobie przypomnieć  dom i bliskich – te osoby i miejsca, które sprawiały, ze mogłam się poczuć dobrze. Na palcach małej dłoni wyliczałam członków mojej rodziny i domowe zwierzęta żegnając się z wszystkimi po kolei na dobranoc. Najbardziej jednak pamiętam mój powrót do domu. I to jaka wtedy byłam szczęśliwa. Wielkiego misia, którego dostałam do rodziców. I ten niesamowity zapach wiosennego deszczu na lekko rozgrzanym asfalcie. 

Oprócz bólu i smutku choroba dała mi coś jeszcze – węch psa- jakaś dziwna mutacja organizmu po przebytej chorobie. Od tego czasu czuję silniej zapachy i bardziej je zapamiętuję. To właśnie zapach przypomina mi dobre chwile i miejsca. I zawsze kiedy tylko spadnie pierwszy deszcz, otwieram szeroko okno, biorę wdech tak wielki, że prawie eksplodują mi płuca i wracam do chwili, w której wracam do domu z wielkim pluszowym misiem w objęciach.. 

Tak samo mam z dziką szałwią, którą pachnie kalifornijska pustynia. Czasem staram się przywołać w mojej głowie ten zapach, by wrócić tam raz jeszcze. Widzę wtedy wyschnięte jeziora, juki i drzewa Jozuego i krzewy szałwii. Czuję skwar porannego słońca i chłód nocy. Słyszę kojoty i trzepot skrzydeł nietoperza. I czuję się dobrze, naprawdę dobrze. 

I każda przestrzeń tutaj pachnie inaczej, ale tak samo cudnie. Pachnie rdzą ze Slab City, siarką z gorących źródeł Kolumbii Brytyjskiej, błotem z Alcan Highway i cynamonem z churros z ulic Guadalajary. Wystarczy tylko przystanąć i wziąć głęboki wdech. 


Podróż

Zawsze myślałam, że ta podróż będzie po prostu wielką turystyczną wycieczką. Zwiedzaniem, odhaczaniem popularnych miejsc i atrakcji. I po części tak jest. W Utach, kiedy spaliśmy pod gejzerem, poznaliśmy Emmę. Podróżowała samotnie od kilku lat. Powiedziała mi wtedy jedno, coś, co wtedy dało mi do myślenia. MImo tego całego zwykłego piękna dookoła trudno wyrzucić z siebie turystę i zacząć po prostu żyć drogą. Zdałam sobie wtedy sprawę, że cały czas gnaliśmy jakoś, od kanionu do wielkiej góry, od jednego szlaku w górach, do drugiego wzdłuż jeziora. Że czasem to co najważniejsze w drodze jest poza tym wszystkim co turystyczne i opisane w przewodnikach. 

Cztery miesiące po rozpoczęciu wyprawy tak naprawdę to zrozumiałam. 

Potem była kalifornijska pustynia i Meksyk, gdzie zwolniliśmy jak nigdy. Ciesząc się tym co zwykłe i proste.

Teraz większość naszego czasu kradną nam zwykłe przestrzenie. Więcej radości sprawia pogawędka z nieznajomym, wieczorne rozmowy z przyjaciółmi poznanymi w drodze, nocleg na końcu piaskowej drogi gdzieś na obrzeżach małego miasteczka i chmara kosów przelatująca nieopodal. 

I to jest piękne w podróżowaniu. Trwanie choć przez chwilę w innej, całkiem zwykłej przestrzeni i pochłonięcie jej całym sobą. Rozmowa pod gwiaździstym niebem lub milczenie patrząc jak palmowe liście kołyszą się na wietrze. Każda osoba, miejsce czy rzecz i niesie ze sobą niesamowitą historię. Musimy tylko czasem zwolnić, zrezygnować z odhaczania punktów i rozejrzeć się by odkryć zadziwiający świat, inną przestrzeń i czas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *