Gdzie byliśmy,  POLSKA Ogórkiem - Wschód

Pokój z widokiem na jezioro

26.06.2016

Jess pisze:

Pierwsze dwa dni zawsze są najgorsze…trzyma Cię jeszcze stres z pracy, zastanawiasz się czego zapomniałeś zabrać, czy wyłączyłeś gaz, prąd, wodę. I mimo, że wiem, że w tym momencie nie ma już to żadnego znaczenia, to i tak nie mogę wyrzucić tych myśli z mojej głowy. Jutro już powinno być lepiej.
W piątek dotarliśmy do Grudziądza. Justyna i Wiesiek ugościli nas jak króli. Góry jedzenia, smaczny, zimny i pożywny alkohol i przemiła rozmowa do późnej nocy. No i końcówka… przecudna kąpiel z bąbelkami 

Czas ruszyć w drogę

Rano ruszyliśmy w górę mapy. Ostróda, Olsztyn, by skończyć w Harszu. Gorąco jak diabli, ale Venera daje radę.

W Ostródzie trafiliśmy na możliwość skorzystania z darmowego przewodnictwa po mieście, zwiedzania zamku krzyżackiego, wieży widokowej i reszty miasta. Oczywiście olaliśmy sprawę. Zrobiliśmy sobie mały spacer po mieście.

Zamek krzyżacki okazał się bardziej grodem, niż zamkiem, okolice molo przypominały Mielno ilością ludzi, lodów i waty cukrowej, a sam pomost był niczym kładka na jeziorze Powidzkim.
Palące słońce wycisnęło z nas siódme poty i postanowiliśmy uciec z Ostródy.
Trochę się nam spieszyło, bo mieliśmy w planie bardzo ważny punkt – dotrzeć na 15:00 na mecz Polska vs Szwajcaria.
Wyszukaliśmy knajpy w Olsztynie, która posiada licencję na puszczanie meczy i ją właśnie obraliśmy za nasz cel.
Okazało się przy okazji, że ważą tam lokalne piwo, którego nie omieszkaliśmy spróbować.
W drugiej połowie meczu nastąpiło przesilenie energii elektrycznej i pobliska elektrownia postanowiła wyłączyć jedną fazę. Okazało się, że wszystkie telewizory i wyciągi kuchenne właśnie pod tą fazę były podłączone.
Przez moment słuchaliśmy meczu z komórki jednego faceta z knajpy, później, ktoś rzucił hasło, że jeden telewizor na górze knajpy działa i cała horda ludzi pobiegła we wskazane miejsce.

Klima nie działała, słońce biło promieniami przez oszklone ściany. Emocje, upał, dym z grillowanej wołowiny podniosły temperaturę otoczenia chyba do 50 stopni Celsjusza. Pot lał się ze wszystkich strumieniami. Potem dogrywka i karne i ponad pół godziny jeszcze w tym ukropie o zapachu ludzkich ciał.
No ale wygraliśmy. Niesamowicie uczestniczy się w takim wydarzeniu: radość przeplatana z przekleństwami. Cudny doping i to jak się jednoczymy w takich momentach. Wzruszyłam się, na prawdę.

Harsz. Co to w ogóle jest?

Opadliśmy z emocji i ruszyliśmy dalej – kierunek Harsz. Ani Wrzosu, ani ja nie wiedzieliśmy co nas tam czeka. Wybraliśmy miejscowość po nazwie, bo tak!

Dojechaliśmy na maleńki kemping oblężony głównie przez Niemców. Zostajemy. Parkujemy Venerę 10 kroków od jeziora. Pierwsza moja kąpiel w jeziorze tego lata, kawałek nocy na pomoście i pierwsze komary. Rano budzimy się w naszym pokoju z widokiem na jezioro. Fajne miejsce, by odpocząć i wyluzować.

Wrzos pisze:

No to ruszyliśmy. W tym roku zdecydowaliśmy się objechać naszym ogórkiem – Venerą -wschodnie rubieże. Tam podobno jeszcze jest dużo dzikich miejsc.
Cel podróży to Bieszczady, ale jak nie uda się tam dojechać to nic się nie stanie. Mamy tylko 9 dni, a tam akurat tam już byliśmy kilkukrotnie.
Wyjeżdżamy w piątek zaraz po pracy, blisko dwie godziny zajmują nam zakupy i wydostanie się z miasta. Temperatura jest okrutnie wysoka, olej się grzeje, jedziemy więc powoli.
Plan na dziś to dojechanie do Grudziądza i nocleg u uroczego starszego małżeństwa garbusiarzy – Wiesława i Justyny. Spędzamy tam miły wieczór i noc i wyposażeni przez Wiesia w mapy z lat siedemdziesiątych ruszamy. Przynajmniej położenie miejscowości się będzie zgadzać.

Sobotę planujemy zakończyć w miejscowości Harsz. Miejsce wybrane ze względu na swoją nazwę pasującą do Jess. Planujemy rozbić się gdzieś nad jeziorem o tej samej nazwie.
Nadrzędny plan na dziś to zobaczyć mecz Polska-Szwajcaria gdzieś po drodze.
Mijamy Ostródę, stolicę “polskiego reggae”, która min. szczyci się gotyckim zamkiem i molo, które zawstydziło by się przy molo w Przybrodzinie. Docieramy do Olsztyna – włóczymy się trochę po mieście i znajdujemy knajpę sportową należącą do lokalnego browaru.

Lager bardzo dobry, zimny 9/10, pszeniczne słabe 2/10 choć też zimne.
Oglądamy mecz, są problemy z prądem, siadła jedna faza, więc działa tylko jeden z dziesięciu telewizorów. Stłoczeni w nagrzanej salce oglądamy ostatnie pół godziny meczu, dogrywkę i karne i cieszymy się jak głupi z sukcesu.
Mecz trwał dłużej niż planowaliśmy, alkomat wskazał na zero, więc jedziemy dalej – Mrągowo, Giżycko i Harsz. Wszędzie gdzie jesteśmy ogórek budzi sensację a jeszcze większą trasa naszej wycieczki w Bieszczady. Kąpiemy się w jeziorze, odpalamy grilla i wypijamy jeszcze po piwku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *